TikTok

TikTok – zagrożenie czy burza w szklance wody?

Tik-tak, TikTok.

Czas leci.

TikTok poinformował, jakiś czas temu, że dane jego użytkowników mają być wysyłane do Chin. Pojawiła się wrzawa (choć na chwilę). Po czym temat ucichł i nastała cisza. Jak to się ma do rzeczywistości? I jakie może mieć konsekwencje dla zwykłego użytkownika?

Na świecie trwa, czy też przetoczyła się, debata na temat TikToka i niejasności związanych z tą platformą. Ktoś może zapytać jak to? Znowu? Znowu TikTok? Znowu szpieguje? Naprawdę? Jednak kogo szpieguje? Taka kakofonia. Do tego słuchając różnych komunikatów firmy, w różnych częściach świata i w różnym czasie, można doznać dysonansu poznawczego. Czasami wydaje się, że sprawa kontrowersji jest wyjaśniona i temat jest zamknięty. Niestety pojawiają się nowe zarzuty, dzięki czemu stare wracają. Wszystko to budzi kontrowersje i … pozostawia niesmak. A czego te zarzuty dotyczą? Przekazywania danych firmom zewnętrznym, nadmiarowego zbierania danych, naruszania prywatności, inwigilacji, cenzury, manipulacji. Zapytacie gdzie ta szkodliwość? A jak dorzucić jeszcze: wyciąganie poufnych informacji o użytkownikach, nielegalne udostępnianie danych podmiotom zewnętrznym, algorytmy uzależniające dzieci i młodzież oraz szpiegostwo na rzecz chińskich służb? Okazuje się, że przed nami, zwykłymi użytkownikami, firma wiele rzeczy ukryła. Ba, ukryła również przed naszymi władzami oraz organami regulacyjnymi i nadzoru/nadzorczymi. I co na to polskie władze? To też ciekawy przypadek, o czym dalej. A co my możemy z tym zrobić?

To po kolei.

TikTok to platforma mediów społecznościowych należąca do chińskiej firmy ByteDance (powiązanej w pewien sposób z chińskimi władzami, o czym będzie jeszcze w dalszej części). Służy ona do udostępniania krótkich filmów wideo. Od czasu premiery cieszy się stałym wzrostem popularności. Szturmem zdobywa uznanie zwłaszcza młodych użytkowników. Z jej dobrodziejstw korzysta 1,5 mld ludzi. Z tego 200 mln w Stanach Zjednoczonych. 150 mln w Unii Europejskiej, w tym 13 mln w Polsce. Żeby było ciekawiej, TikTok nie działa w Chinach. Tam użytkownicy mają inną aplikację, która jest jej odpowiednikiem. Jednak nie można jej pobrać poza Chinami (taka różnica). Jest ona podobna, ale ma trochę inne funkcjonalności. Wracając na nasze podwórko. Główną grupę użytkowników TikToka (trzy czwarte) stanowi młodzież i dzieci, czyli przedstawiciele generacji Z, milenialsi oraz alfy. Wśród dzieci jest ona wręcz najpopularniejszą platformą społecznościową. A jak wiadomo dzieci i młodzież nie zwracają uwagi na takie błahostki jak: bezpieczeństwo, prywatność, dane osobowe i ich ochrona. Trzeba też pamiętać, że dane dotyczące prywatności i część danych osobowych, to dane szczególnie wrażliwe. Dane nadzwyczaj i niebywale osobiste. Dane szczególnych kategorii, które trzeba wyjątkowo, czy wręcz nieprzeciętnie chronić. Nadzwyczaj dokładnie. Przypominam tylko, że większość z właścicieli tych danych nie jest jeszcze pełnoletnia.

To co takiego zrobiła platforma?

Oprócz tego, co podane było powyżej, to jeszcze skłamali. Wydawałoby się, że co tam, takie tam, drobne, nieistotne kłamstewko. Jednak tak nie jest. Wielokrotnie skłamali. Po czym, po wyjściu prawdy na światło dzienne, prostowali temat. Wprowadzili zarządzanie kryzysem. Czy się udało? Nieistotne. Istotne jest coś innego.

Czy oni naprawdę sądzili, że ciemny lud to kłamstwo kupi? A może jednak? Zrobili coś, czego nie powinni byli robić. Ukrywali to. Skłamali. Czemu, jeśli skłamali raz, nie mają skłamać ponownie? Przyznali się, dopiero będąc przypartymi do muru, gdy przedstawiono im dowody. Nie sami z siebie. Zostali zmuszeni do przyznania się. Pod presją. Tłumaczenie, że to nie firma, tylko jej pracownicy, sami z siebie, to zasłona dymna. Wiadomo, że tego typu rzeczy nie dzieją się same. Musiała być co najmniej zgoda kierownictwa. Jeśli nie nakaz działania wydany z góry. Z najwyższego szczebla kierownictwa. Nikt poniżej nie odważyłby się podjąć takiej decyzji samodzielnie.

Ponownie, tłumaczenie, że to nie firma, tylko jej pracownicy sami z siebie, to lipa. Przecież firma to właśnie pracownicy. Bez nich firmy by nie było. Firma odpowiada za działania swoich pracowników. W tym przypadku firma jest w Chinach (jak jest to istotne, będzie jeszcze w dalszej części artykułu). Nie wiemy, ile prawdy jest w stwierdzeniu, że pracownicy ponieśli konsekwencje. Pracownicy zostali zwolnieni? A może tylko przeniesieni na inne stanowisko lub do innej komórki? A może to ta sama komórka, tylko zmieniła się jej nazwa i umiejscowienie w strukturze firmy? A może zostali zwolnieni i zatrudnieni ponownie, na innych stanowiskach lub w innych oddziałach firmy? Ktoś może zapytać: a gdzie tu odpowiedzialność firmy? Ktoś coś słyszał? Może właśnie to miało ukryć prawdziwie odpowiedzialnych za to, co się wydarzyło? Może to zamiatanie pod dywan? A może jednak sprzątanie? Może to komunikacja jest tu kluczowa? Z Chin płynęły inne komunikaty, ze spółek córek inne. Aż nastąpiło zarządzenie kryzysem i przekaz jest jeden. To nie my. To oni. Ci źli pracownicy. Tak mówi firma jako całość. Teraz tak mówi. Wcześniej mówiła coś innego. Coś zupełnie innego. Jak jej wierzyć? I w co wierzyć? W to, co mówi teraz, czy w to, co komunikowała wcześniej? Jak mówią, że chińscy pracownicy nie mają dostępu do danych europejskich użytkowników, to nie mają? Czy tylko mówią, że nie mają? To dwie różne rzeczy. I czy historia się nie powtórzy? Za jakiś czas. Czy w którymś momencie furtka na chwilę się nie otworzy ponownie? Dlaczego to takie istotne?

Wiąże się to z kwestiami certyfikacji i jurysdykcji…

Czy ByteDance w ogóle wie, gdzie są jego dane? Również korzystając z rozwiązań chmurowych innych firm? Gdzie jest ta chmura? Nie, czy jest tam, gdzie nasze dane? Pytanie należy postawić odwrotnie. Gdzie ona jest fizycznie? Gdzie fizycznie znajdują się nasze dane? Jaka jest w tym miejscu certyfikacja? I do czego jest ta certyfikacja? Oraz jaka rozciąga się tam jurysdykcja? Do tego można zapytać jeszcze: kto to kontroluje? A także, kto kontroluje kontrolujących? Przecież każda certyfikacja na monitorowaniu i kontroli się opiera. Czyli cytując klasyka: kontrola najwyższą formą zaufania. A mimo to, inna platforma oficjalnie przyznała się, że nie wie, gdzie są jej dane. To jak to jest i jak to działa?

Rozważmy to na przykładzie Australii.

Australia ma swój kodeks postępowania w zakresie dezinformacji (który podpisał m.in. TikTok). Nie znaczy to, że obywatele Australii są bezpieczni. Są lepiej chronieni. Działalność firmy została ograniczona w pewnym zakresie. Certyfikacja jest do normy. Nie do bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo to pewien stan. Płynny, nie stały. Wszystko się zmienia. Certyfikujemy do czegoś, co jest, lub co chcemy osiągnąć. Zmieniają się czynniki. I zmienia się stan. Trzeba certyfikować od nowa. Bezpieczeństwo nie jest stałe. A my mamy na ten stan wpływ poprzez ochronę. Czy wobec tego Australijczycy są bezpieczni? Na pewno są lepiej chronieni. Tylko tyle i aż tyle. Firma z Chin spełnia wymagania w Australii. Nie znaczy, że robi to samo w Polsce. Ktoś, coś słyszał? Wyobrażacie sobie, żeby sami z siebie wykonali samoograniczanie swoich możliwości. Po tych wszystkich… niejasnościach (co najmniej niejasnościach). Wiem, że wiara umiera ostatnia. Było tu (a może nadal jest) tyle dezinformacji i manipulacji… Dopiero pod presją, zaczęli stosować różne ograniczenia i zabezpieczenia. Presją, która doprowadziła lub mogła doprowadzić do ograniczenia działalności firmy w różnych zakątkach świata. No właśnie zaczęli stosować zabezpieczenia, czy tylko tak mówią?

Powinniśmy wiedzieć, jak firmy przechowują nasze dane i co z nimi robią. Powinniśmy umieć ograniczać dostęp do przechowywanych prywatnych danych. I powinniśmy wiedzieć, że nasze prywatne dane w rękach korporacji i firm nie są już prywatne. Może się raptem okazać, że granice naszej prywatności wcale nie są tam, gdzie chcemy, żeby były. Powinniśmy też mieć pełną świadomość, że to, co udostępniliśmy prywatnie, za chwilę prywatne może nie być. Tajemnica przekazana dalej przestaje być tajemnicą. A w Internecie nic nie ginie. Jest dostępne, póki internet będzie istniał. A nawet dłużej, bo sieć może nie istnieć, a zasoby zostaną. Przypominam, że chmura, dyski, serwery, nie należą do nas. Czyli nasze prywatne dane, nawet po odłączeniu od sieci, nadal będą gdzieś. Pytanie gdzie? Bo nie tylko u nas. A znalezienie w Internecie tego, co chcielibyśmy, żeby było prywatne, to tylko kwestia czasu, zasobów (które ktoś może przejrzeć) i możliwości (z których może skorzystać).

A kwestia jurysdykcji wiąże się też ze szpiegostwem.

Przypominam, że wspomniałem wcześniej o szpiegowaniu dla chińskich służb… To było czy nie było to szpiegowanie? I czy ktoś, coś o tym wie? Czy to znowu tylko burza w szklance wody?

Ktoś może powiedzieć, że to niemożliwe. Jakie szpiegowanie? Przecież w Chinach jest odpowiednik RODO. RODO w Chinach? Niemożliwe? A jednak. Tak, jest tam ustawa The Personal Information Protection Law (PIPL). Chroni ona prawa osób fizycznych w zakresie danych osobowych, ale… Dotyka również materii z zakresu bezpieczeństwa narodowego i ochrony interesów państwa. W tym zakresie ustawa przewiduje wprost przetwarzanie danych niezbędnych do wykonywania ustawowych obowiązków i zadań podmiotów. Wobec tego każda chińska firma musi zastosować się do wezwania władz do współpracy. Współpraca ta dotyczy udostępniania zasobów, wiedzy, danych. Wszystkiego. Współpraca ma zastosowanie niezależnie od innych przepisów. Jak w każdym niedemokratycznym, anokratycznym lub autorytarnym państwie (nie wspominając o totalitaryzmach). Nie ważne są przepisy, ważne, czego władza oczekuje. Decyzje nie idą z rządu, tylko z komitetu centralnego partii (znacie to skądś?).

Czyli przepisy sobie a rzeczywistość sobie. Polityka prywatności? Jest dla maluczkich. Takie mydlenie oczu. Jest, bo jest. Firma się do niej nie będzie stosować. Bo nie musi. Musi robić coś innego. Współpracować. Współdziałać ze służbami. Ponieważ one mają swój zakres zadań. Zadań z zakresu bezpieczeństwa narodowego i ochrony interesów państwa. I to jest ten styk polityki z biznesem. Zadań, do których wykonania potrzebne są tym służbom bazy danych. Farmy danych… Naszych danych. Moich, Twoich. Każdego Iksińskiego. Każdego użytkownika. Jakie to ma przełożenie na zwykłego zjadacza chleba, korzystającego z TikToka? Dla niego niewielkie… ale jest też druga strona medalu. Twoje dane szanowny użytkowniku, na pewno będą wstępnie analizowane. Badane przez odpowiednie programy analityczne (chociażby po to, by statystyka się zgadzała). Dopiero od tego, co się tam znajdzie, zależy co dalej. Może być, że z naszego punktu widzenia, nie ma tam nic interesującego. Nic ciekawego dla służb, wywiadu i firm obcego państwa. Niestety innego zdania mogą być algorytmy tych programów. Dlaczego? Ponieważ te służby i firmy, mogą być innego zdania, niż Ty użytkowniku. Mogą mieć inne priorytety, niż nam się wydaje. A już na pewno inne priorytety ma władza państwa autokratycznego. Państwa, które stoi okoniem w stosunku do naszego kraju. Szczególnie widać to teraz, gdy wojna zawitała do naszych bram. Trzeba to mieć z tyłu głowy, korzystając z tego typu platformy. A już na pewno powinni to mieć, nie tylko z tyłu głowy, ale wręcz przed oczami, nasi decydenci i osoby zaangażowane w przemysł, logistykę, technologie i wiele innych obszarów biznesowych. Bo w tamtejszych służbach i firmach na ich usługach, pracują ludzie. Analitycy. Dobrzy analitycy. I to oni będą obrabiać dane wstępnie przepuszczone i nieodrzucone przez programy. To oni będą łączyć kropki, o których my, na drugim końcu globu nie mamy pojęcia. I nasze, wydawałoby się nieistotne dane, staną się częścią większej całości. Całości, która będzie grała na niekorzyść naszych firm i naszego kraju. Jednak czy ktoś, coś o tym wie? Wywiady wiedzą? Wiedzą, ale… nie powiedzą 😉 (przynajmniej nie na głos). I wiedzą decydenci. Przynajmniej słyszeli, bo…burza medialna 🙂 Do tego część z nich, jest świadoma zagrożenia, jakie to niesie ze sobą (szkoda, że tylko część). Przykłady:

„Oczywiste jest, że TikTok stanowi niedopuszczalne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, ze względu na rozległe gromadzenie danych, w połączeniu z wyraźnym, niekontrolowanym dostępem Pekinu do danych wrażliwych”.

Brendan Carr (Przewodniczący Federalnej Komisji Łączności USA)

„… Cóż, masz rację, że ta rzecz (por. autora TikTok) jest niezwykle popularna, szczególnie wśród małych dzieci, nastolatków. Obecnie dwie trzecie z nich są na TikToku. I myślą, że to po prostu fajna aplikacja do udostępniania filmów tanecznych i innych memów. Jednak rzeczywistość jest taka, że działa jako bardzo wyrafinowana technologia nadzoru. Od lat pobiera wszystkie dane – nie same filmy, ale dane z telefonu, w tym historię wyszukiwania i przeglądania, wzorce naciśnięć klawiszy, zastrzega sobie prawo do pobierania danych biometrycznych, w tym odcisków twarzy i odcisków głosu”.

również Brendan Carr (Przewodniczący Federalnej Komisji Łączności USA)

Dlatego różne kraje zablokowały platformę ze względu na bezpieczeństwo narodowe lub pod innymi pretekstami. Niektórych państw nie posądzalibyście o takie wyłączenia ze względów bezpieczeństwa, czy prywatności (a jednak to robią). I słusznie. Motywowały to np.: nieobyczajnością, złym wpływem na młodzież i dzieci, treściami niedostosowanymi do odbiorców itd. Przypominam znowu, że większość z właścicieli tych danych nie jest jeszcze pełnoletnia.

Marzeniem ściętej głowy jest, by firma (i władze dzięki tej firmie) zrezygnowała ze żniw, jakie ma dzięki farmie naszych danych. Zrezygnowała tak po prostu. Sama z siebie. To takie samookaleczenie. To niemożliwe. To biznes przynoszący jej krocie i furtka do działania w zgodzie z wytycznymi władz chińskich. A bez tej zgody nie będzie można prowadzić działalności. Wiąże się to z zamknięciem biznesu lub jego przejęciem przez władze albo inny wskazany przez nie podmiot. A firma nie chce, by blokowano jej platformę. Nie chce, by ograniczano jej biznes. Nie chce, by go likwidowano. Dla niej liczy się tylko biznes. Reszta to kwestie poboczne. Bezpieczeństwo? Prywatność? Dane osobowe? Ważne są słupki w Excelu i bilans księgowy. Biznes głupcze, cytując klasyka… Do tego nieważne jak mówią, ważne, że mówią. Tak na marginesie: przekazywanie danych firmom zewnętrznym – czy to już nie było? Nie przypomina to afery Cambridge Analytica? Firma ta już nie istnieje. Jednak jak widać, biznes się kręci. Wniosek nasuwa się sam.

A co na to polskie władze?

Polskie władze na początku mówiły, że nic się nie dzieje. Nic to nie zmienia? Naprawdę? Szpiegostwo niczego nie zmienia? Naruszanie praw podstawowych człowieka niczego nie zmienia? Może ktoś powinien się douczyć, zasięgnąć języka, popytać specjalistów? Czy to demokratyczny kraj prawa, czy może jakaś republika bananowa? Czy prawo nie działa? Szpiegostwo to nie przestępstwo? A może chodzi tu tylko o politykę? Może nadal chcemy być bramą dla Chin? Bramą na Unię. Szerzej, bramą do świata zachodniego (niezależnie co rozumiemy, pod tym ogólnym pojęciem). Przypominam, że w Europie korzysta z TikToka 150 mln osób… No, ale przecież chcą utworzyć nowe centra danych w UE. Chcą utworzyć nowe miejsca pracy… Tylko czy utworzenie nowych miejsc pracy, dla 5-7-10 tys. osób, może i powinno być pretekstem. Wykrętem, by obniżyć priorytet ochrony prywatności, w tym danych osobowych. Powinno być pretekstem do omijania lub niestosowania prawa? Powinno być pretekstem do obniżenia priorytetu ochrony kraju i jego obywateli. Chyba to władza ma zapisane w konstytucji jako swój obowiązek, wynikający z umowy społecznej? Czy nie stanie się tak, że z przyczyn gospodarczych i politycznych nasze prawa zejdą na dalszy plan? Czy nasze prawa nie zostaną po prostu sprzedane? Sprawa przycichnie, pieniacze się wypalą, a my zrobimy biznesik. A wystarczyło dać uspokajający komunikat, że rozumiemy. Spawie się przyglądamy. Problem jest szeroki i pracujemy nad nim. Do tego dorzucić, że pracujemy z naszymi partnerami. A tu bagatelizowanie. Nic to nie zmienia. Ups.

Społeczeństwo, w tym całym rozgardiaszu i szumie medialnym, chyba nawet nie wie, co się dzieje. Jednak specjaliści od cyberbezpieczeństwa, od informacji, od ochrony danych osobowych, od prywatności, dziennikarze zajmujący się tymi tematami są wstrząśnięci, zaniepokojeni. Napierali i naciskali. Naciskali partnerzy z Unii i nie tylko. Wobec tego, po jakimś czasie władze zmieniły front. Przyparte działaniami Unii Europejskiej i innych krajów. Teraz zaleca się, aby urzędnicy nie używali tej aplikacji na prywatnych urządzeniach. Polskie władze zachowały się trochę jak TikTok. Ciekawe prawda? Jakaś kakofonia. A nie można było słuchać fachowców od razu? Nie można było od razu po ludzku? Nie na zasadzie jakoś to będzie. Może samo się wyjaśni? A może wyciszy? A tu nic. Zonk. I dlaczego tylko urzędnicy? W czym są lepsi od zwykłego Iksińskiego? Dlaczego nie uświadamiać wszystkich? Wszystkich zwykłych użytkowników.

Czy więc wrzawa była słuszna?

Z jednej strony na pewno. Z drugiej po tym, jak przycichła, widać, że to burza w szklance wody. Balon puszczony i przebity. Był i nie ma balonu. A nie o to chodzi. Nie o to, by pokrzyczeć. Chodzi o to, by zwracać uwagę na niejasności. Niepokojące rzeczy trzeba wyjaśniać. Złe piętnować. Przestrzegać, uświadamiać i przypominać. Przypominać wszystkim, że ktoś inny może grać nie fair. Nie według naszych zasad i nie zgodnie z naszym punktem widzenia. Bo inaczej wszyscy na tym tracimy.

Czy dla zwykłego Iksińskiego będzie to stanowiło zagrożenie? Nawet jeśli wydaje się, że nie, to możemy być w błędzie. Przykład: wiedząc, w jaki sposób odbywają się płatności, możemy utrudnić działanie jednych rozwiązań. Wszystko po to, by ułatwić wejście na rynek innych rozwiązań. Można też dzięki temu ułatwić korzystanie z naszych rozwiązań. Możemy zmusić zwykłego Iksińskiego do zmiany zachowań. Wedle naszego punktu widzenia. Możemy zmienić rynek. Możemy zmienić wiele obszarów życia. A my odbiorcy, będziemy zupełnie nieświadomi manipulacji na nas. I tego, że się nas wykorzystuje w jakimś celu (przykładem brexit).

Jak widzicie, wszystko zależy od człowieka… Im więcej przypadków korzystania z platform, tym więcej powinno być nagłaśniania szkód, wyrządzonych przez nie. Wtedy jest większe prawdopodobieństwo, że milionom użytkowników otworzą się oczy. Niemniej do tego, żeby nam otworzyć oczy, potrzeba świadomości u decydentów. Może to właśnie specjaliści z rynku i szeroko rozumiane media, powinny zamknięte oczy decydentom otworzyć. Tłumaczyć i przypominać. Ciągle i wciąż. W kółko Macieju. A nie tylko bić pianę raz na jakiś czas. Inaczej decydenci mają nas w nosie i bagatelizują. Nie działają w naszym imieniu, bo nie mają parcia. Nasze prawa ich nie interesują. Mają swoje sprawy. Ważniejsze oczywiście. A my zwykli użytkownicy budzimy się co jakiś czas z ręką w… nocniku. I szok 🙁

Żeby tak nie było, powinniśmy podejmować decyzje świadomie. Żeby nam to umożliwić, decydenci powinni stworzyć rozwiązania systemowe. Nie pozwalać, by nas ogłupiano i nami manipulowano. Nie powinni też bagatelizować tematu. Powinny być stworzone warunki dla bezpiecznego poruszania się i korzystania z tej platformy (i nie tylko tej – z wszystkich). Dlatego trzeba uświadamiać. Żeby trudniej było nami manipulować. Żebyśmy byli wyczuleni na manipulacje i nie byli podatni na dezinformację. Chodzi o systemowe rozwiązania, a nie tylko bicie piany co jakiś czas. Bo takie krzyczenie, co jakiś czas, niczego nie wnosi. Ginie jak wołanie na puszczy. Nic z niego nie wynika.

A co my możemy zrobić?

Czy korzystanie z TikToka w takim układzie jest niebezpieczne, czy bezpieczne? To zależy… od wielu czynników. Od tego, czy musisz? Czy jest taka potrzeba? Co robisz? Co publikujesz i co przeglądasz? I co najważniejsze – od człowieka. Jeżeli nie musisz, a masz i korzystasz, do tego ciągle, to współczuję. Naprawdę. Szkoda rodziny, przyjaciół, czasu i wielu innych rzeczy. Rzeczy, których nie zrobisz i które Cię ominą z powodu uzależnienia od tego medium. Jeżeli nie musisz i nie potrzebujesz, to po prostu usuń tę platformę. Pozbądź się jej. Nie korzystaj. Uwolnij się od niej. Niech nie będzie Twoją smyczą. Bo będąc przez firmę oszukiwanym, jesteś manipulowany, więc… tak naprawdę jedyną gwarancją bezpieczeństwa jest jej usunięcie. Bez niej też da się żyć! Natomiast jeżeli z jakichś powodów potrzebujesz lub musisz, to korzystaj z niej, zachowując umiar. Korzystaj przez przeglądarkę internetową, ponieważ zbiera mniej informacji. Dzięki temu jest mniejszym zagrożeniem dla nas i naszej prywatności. Korzystanie z aplikacji to zdecydowanie gorsza opcja. W tym przypadku trzeba zachować umiar i wykazać się zdrową dawką rozsądku. Decydując się na to medium społecznościowe (jak i na każde inne), warto pamiętać o bogatej historii naruszeń bezpieczeństwa i prywatności. Warto pamiętać o manipulacjach, jakich dokonywano za ich pośrednictwem, na nas, zwykłych użytkownikach. Trzeba też pamiętać o niejasnościach, manipulacjach oraz dezinformacji, związanymi z działaniem takich platform. Trzeba mieć świadomość, że na pewno firma nie zrezygnuje dobrowolnie z posiadanej farmy danych. Nie zrezygnuje z możliwości jej powiększania i uzupełnienia. Tylko od nas zależy, czy i w jakim stopniu jej na to pozwolimy. Na jakie łamanie naszych praw będziemy się godzili. Jakimi danymi i w jakiej ilości będziemy za te usługi płacili. Bo jak przecież wiadomo, nie ma nic za darmo. Walutą w tym przypadku są nasze dane i nasza prywatność. I dobrze byłoby wiedzieć, że podczas transakcji nikt nie robi nas w konia. Wiedzieć, że firma nie łamie naszych praw. Nie kradnie naszych danych i nie wykorzystuje ich do swoich celów. Oczywiście niezgodnych z naszymi celami.

Swobody wyboru, łatwości korzystania i bezpieczeństwa. Tego wszystkim nam życzę.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.